czwartek, 8 listopada 2018

Centralny Szlak Roztocza, dzień 2 - Rogowe Kopce - Ulów - sierpień 2016

Drugi dzień mikrowyprawy po Roztoczu zacząłem dosyć późno (a czemu? patrz dzień pierwszy wyprawy) i postanowiłem najpierw wypróbować DIY hobo stove, żeby ugotować wodę na napar z czystka, który, jak wtedy wierzyłem, miał mi pomóc w walce z kleszczami :) Namęczyłem się z tym “piecykiem włóczęgi” co niemiara, w końcu jednak udało się wodę zagotować, czystka zaparzyć i wypić, ale wszystko to spowodowało, że w drogę wyruszyłem dopiero o 10.34.



A hobo stove w cholerę tam zostawiłem, bo bez sensu dźwigać puszkę. Na przyszłość zaopatrzę się w palnik z aliexpress i kartusz z gazem, bo hobo stove może jest i spoko, ale szkoda mi czasu na takie zabawy :)

Automagicznie szlak się odnalazł, okazało się, że stadnina “ukradła” kilkaset metrów i wystarczyło powiększyć mapę w etrexie :)  Zanim na to wpadłem trochę się w kółko pokręciłem przyznam szczerze i 6 km ekstra wpadło :)
Pierwsze zadanie na dziś to zaopatrzyć się w coś do żarcia, bo pomimo, że plecak ciężki to jedzenia tam chyba nie ma. Piszę chyba, ponieważ mało co pamiętam sprzed 2 lat. Nauczka na przyszłe mikrowyprawy: zawsze i codziennie poświęcić kilka minut na zanotowanie najważniejszych spraw - pisanie wpisów będzie później łatwiejsze :)



Także tak zawzięcie zacząłem szukać sklepu, że trafiłem po kilku kilometrach do piekarni, nałaziłem się jak pies w upale, a “zdobyczą” była torba suchych kapuśniaków :) Oczywiście sklep klasycznie minąłem po drodze nie zauważając go i dopiero w powrotnej drodze na szlak wpadł mi w oko. No cóż, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach także do dniówki dorzuciłem prawie 10 km zrobionych całkowicie bezsensownie.



A szlak tego dnia bardzo ładny, wzgórza porośnięte sosenkami. Po drodze najwyższe wzniesienie Roztocza, jednak w lesie, więc niewiele widać. Zaś upał tego dnia niemiłosiernie dawał w kość, oj dawał. Po drodze przystanek na zimne piwo przy sklepie dodał do morale co najmniej +5 :)
1,5l wody poszło w mig i koło 18 we wsi Ulów musiałem już od jakiejś Pani wodę kupować, bo żadnego sklepu w okolicy. Tak samo jak noclegu, także stanąłem wobec dylematu, co tu robić. Po wcześniejszej nocy nocleg w lesie odpadał na bank, a tu w okolicy nic turystycznego i miejsc do spania brak. Próbowałem łapać stopa do Tomaszowa, ale pies z kulawą nogą tam jeździ. Co tu robić…

Okazało się, że przystanek przy którym łapałem stopa, stoi pod remizą, więc co mi szkodzi zapytać, czy mnie nie przekimają, szczególnie, że ktoś tam się kręcił. Okazało się, że była to Pani Doktor Archeologii UMCS czyli mojej Alma Mater ze studentami na praktykach. Ona się zgodziła, trzeba było jeszcze czekać na studentów, którzy też mieli wyrazić swoje zdanie. Ufff… czyli nocleg mam załatwiony, westchnąłem w duchu, bo nie spodziewałem się, że studenciaki mogliby się nie zgodzić. A dopóki nie przyjechali to uciąłem sobie ciekawą rozmowę z panią Doktor o historii tych terenów, archeologii, kleszczach itp.

Po powrocie wszystkich mieszkańców, którzy oczywiście wyrazili zgodę na moje pozostanie, można było wziąć prysznic, napić się herbaty i przyjrzeć pracy studentów.

Jak to dobrze, że jednak nie spełniłem dziecięcego marzenia po obejrzeniu Indiany Jonesa i nie zostałem archeologiem… :) Nie dałbym rady czyścić tych znalezisk jak oni. Zajmowali się tym cały wieczór, czyszcząc kawałki jakiegoś badziewia z gliny. Generalnie wyleczyłem się podczas tego wieczoru z archeologii całkowicie, nie wyglądała jak na Poszukiwaczach zaginionej arki, oj nie… :)


Podsumowując, dzień był całkiem udany, 19 km z groszami udało się przejść, zaś na szlaku nie spotkałem tego dnia żywej duszy. Także jeśli ktoś lubi samotne wędrówki to Roztocze jest idealne.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza