poniedziałek, 11 marca 2019

Poleski Park Narodowy - 28 - 29.12.2018. W krainie łosi, jednorożców i przemytników.

Pomimo, że zima nie jest moją ulubioną porą roku, to nie do końca zapadłem w sen zimowy i pod  koniec grudnia ustawiliśmy się z Michałem na wypad do Poleskiego Parku Narodowego.



Skąd pomysł na Polesie? Akurat tak się złożyło, że mieliśmy do niego prawie po tyle samo kilometrów i w sumie to chyba jedyny kawałek tak dużego lasu w tamtej okolicy.


Michał zaplanował trasę, która jednak się zmieniła po rozmowie z Panią z Parku przy opłacaniu biletów, choć biorąc pod uwagę wydarzenia z nocy, trzeba nam było zostać przy pierwotnym planie :) Ale nie uprzedzajmy faktów…


Wyruszyliśmy z Urszulina, aura niezbyt przyjazna, kapuśniaczek sobie padał, ale nic to, najważniejsze, że idziemy :)

Po wejściu w las deszcz wcale już nie dokucza, wiatr też nie doskwiera, więc bajka. Las nawet w taki grudniowy, słotny dzień robi wrażenie. Generalnie Poleski Park Narodowy jest dosyć dziwny dla mnie, bo przecinają go drogi, a do tej pory w swoim nieogarnięciu myślałem, że park narodowy musi być niepodzielnym kompleksem leśnym. :) Jak się okazuje wcale nie musi.



Po drodze napotykamy się na kosmiczną ścieżkę edukacyjną i drzwi do lasu :) Nawet w lesie można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o planetach.



Idziemy niespiesznie, dystans na dzisiaj to circa about 15 km, więc mamy czas. A w lesie pomimo ogólnej ponurości (nawet Endomondo określił pogodę jako ponurą) jest przyjemnie i tak na miłej rozmowie kilometry mijają.



Niestety co dobre to się szybko kończy i wychodzimy na otwartą przestrzeń a tam samo dobre, czyli wiatr dmący w gębę i zacinający deszcz. No i miło już nie jest, ale nic to, sameś tego chciał grzegorzu dyndało. Byle do lasu i na szczęście po kilku kilometrach znowu wchodzimy w las. Ufff, już wiem, dlaczego nie przepadam za gównianopogodowymi spacerami :)


Kolejny leśny odcinek już w miarę krótki i dochodzimy na miejsce noclegu czyli pole wypoczynkowe Łomnica.


Plan na dzisiaj jest taki, że śpimy w namiocie pod sporą wiatą. Warunki bardzo dobre, duża wiata z miejscem na ognisko, drewno przygotowane specjalnie dla nas, w ubikacji jest prąd i w ogóle gajowy poinformowany przez Park spisał się doskonale. I za te warunki oraz wstęp na ścieżkę przyrodniczą Dąb Dominik zapłaciliśmy bodajże 16 czy 18 PLN. Na dwóch.


Korzystając jeszcze z ostatnich minut dnia idziemy na ścieżkę za którą zapłaciliśmy i powiem szczerze, że wygląda to świetnie. Dąb taki sobie, ale reszta z jeziorkiem doskonała.



W lato musi tam być pięknie, teraz wyglądało jak w Skandynawii. Świetne zwieńczenie dnia.


A i jeszcze jednorożce. Z daleka wyglądały jak króliki. Taką fantazję trzeba mieć!  Takie rzeczy tylko w Lubelskiem  :)



Pokonany dystans: 17,4 km.

Ale wieczór dopiero się rozpoczynał, teraz przyszła pora na biwak. Ognisko, ciepły posiłek, kusztyczek na dobry sen i koło 23 idziemy w kimę bo jednak 17 km z groszami trochę zmęczyło.


Pomimo ogólnie dodatniej temperatury był jednak koniec grudnia, a pomny tego, jak zmarzłem zeszłej zimy, tym razem zaopatrzyłem się w 2 śpiwory, samopompę i nastawiłem na ciepły nocleg.

Niestety nie tym razem i to bynajmniej nie z winy sprzętu. Okazało się, że pole wypoczynkowe leży za blisko drogi, ma za dobry parking i nie służy bynajmniej tylko do wypoczynku. Koło 2.30 na parking z animuszem zajechał najpierw jeden, a potem drugi samochód. I zaczęli coś przerzucać i raczej nie były to produkty z Biedronki. No i ze snu nici, a wyobraźnia karmiona przez tyle lat popkulturą zaczęła swoje projekcje… Nawet Mora od razu się znalazła pod ręką, a uszy od nasłuchiwania najlżejszego szelestu to mało skrzydeł nie dostały  :)
Po jakimś czasie jeden samochód odjechał, za jakiś czas przyjechał, potem oba odjechały, potem wróciły i tak k….a do prawie 5 rano.

Nauczka na przyszłość: nigdy, ale to nigdy, nie rozbijać się blisko drogi!

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i rano obudziliśmy się w jednym kawałku, choć ja od tego wstawania ze śpiwora i nasłuchiwania dostałem bólu gardła :)


Kolejny dzień zaczął się dość niemrawo i wyruszyliśmy dopiero po 10. Obawiam się, że nie okazałem się tego dnia dobrym kompanem, bo ledwo mogłem mówić i dopiero kolejny ciepły napój po drodze poprawił trochę sytuację.


Krajobrazowo nie było za ciekawie, choć kilka perełek było interesujących, jak stary wiatrak czy fragment szlaku w lesie.


A gdy już się pogodziliśmy z tym, że nie uda nam się żadnych zwierząt zobaczyć to Michał przyuważył parę łosi! Ależ one są wielkie… szok! Na zdjęciu nie widać łosi, więc na osłodę Michał z mapą :)


Po 15-tej i prawie 16 kilometrach wróciliśmy do zaparkowanych samochodów i od razu po kilku oddechach można było się przekonać, że wróciliśmy do cywilizacji - cała Polska smogiem stoi, nawet w takiej dziurze jak Urszulin :(


Reasumując, Poleski Park Narodowy nawet pomimo paskudnej pogody okazał się ciekawym miejscem, biwak zapamiętamy doskonale, bo był z przygodami, a łosie są naprawdę duże. Było zajebiście :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz